W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Niech pokój i nadzieja, które płyną od Boga, naszego Ojca, będą z wami wszystkimi w ten czas, gdy szukamy Jego obecności.
Panie, który przychodzisz do nas w naszej słabości, zmiłuj się nad nami. Chryste, który słyszysz każde nasze wołanie, zmiłuj się nad nami. Panie, który otwierasz przed nami bramy nieba, zmiłuj się nad nami.
Pamiętacie ten obraz? Ben stoi na środku szerokiego, otwartego chodnika, pod wielkim, zachmurzonym niebem. Rozkłada ramiona szeroko, jakby chciał objąć cały świat, jakby chciał po prostu wzlecieć. Ma na sobie czerwoną koszulkę, czapkę z daszkiem, a w jego postawie jest coś, co mówi: „jestem gotowy”. Nie ma w tym pozie cienia lęku przed tym, co za horyzontem, przed budynkami, które wydają się tak odległe. Jest tylko ta czysta, dziecięca gotowość, by być w pełni obecnym w tej chwili. Często myślimy, że życie składa się z wielkich planów, z osiągnięć, z tego, co uda się nam zbudować – jak te skomplikowane systemy AWS, w których Ben tak chętnie się zanurzał, czy te gry, które kodował z taką pasją w swoim repozytorium na GitHubie. Ale dzisiaj, w świetle słowa Bożego, odkrywamy, że fundamentem wszystkiego nie jest to, co robimy, ale to, jak prosimy. Jak ufamy.
Święty Paweł w Liście do Galatów jest dzisiaj surowy. „O nierozumni Galaci!” – woła. Pyta ich, czy otrzymali Ducha dzięki uczynkom Prawa, czy dzięki wierze w to, co usłyszeli. To pytanie, które uderza w samo serce naszego niepokoju. Ileż to razy, Alanie, Thao, w ciągu tych trzech miesięcy od trzynastego czerwca, zadawaliście sobie pytanie, czy zrobiliście wszystko, co w waszej mocy? Czy gdybyście wiedzieli więcej, gdybyście przewidzieli, gdybyście byli bardziej uważni… to może wynik byłby inny? Paweł mówi nam dzisiaj: przestańcie liczyć na własne siły, na własną „pracę”, na własną kontrolę. „Czy po rozpoczęciu duchem kończycie ciałem?”. Nie zaczęliście tego życia z Benem własną mocą, i nie wy jesteście odpowiedzialni za jego zakończenie. Bóg, który go utkał w łonie matki, jest tym samym Bogiem, który go przyjął w swoje ramiona. Zdejmijcie z siebie ten ciężar, który nie jest wasz. Nie szukajcie w sobie winy za to, co było poza ludzkim zasięgiem. Bóg nie oskarża, Bóg nie szuka błędów w waszej miłości. On widzi miłość, która była tak wielka, że w waszym synu, w piętnastoletnim chłopcu, zrodziła pragnienie oddania całej swojej skarbonki dla ratowania wujka Williama. To była miłość, która nie pytała o „prawo” czy „obowiązek”, ale po prostu była.
Jezus w Ewangelii mówi nam o przyjacielu, który puka do drzwi o północy. „Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam”. To nie jest obietnica, że dostaniemy wszystko, co sobie wymyślimy. To jest obietnica, że otrzymamy to, co jest nam najbardziej potrzebne: Ducha Świętego. Pomyślcie o tym. Jezus pyta: „Jeżeli wy, choć źli jesteście, umiecie dawać dobre dary swoim dzieciom, o ileż bardziej Ojciec z nieba da Ducha Świętego tym, którzy Go proszą”. Co to znaczy w waszym życiu, w ciszy waszego domu, w pustym miejscu przy stole? To znaczy, że Bóg nie daje wam „węża” zamiast ryby. On nie daje wam cierpienia jako kary. On daje wam siebie. On daje wam swoją obecność, która jest jedynym lekarstwem na ból, którego nie da się uśmierzyć żadną ludzką logiką.
Ben był chłopcem, który kochał opowieści. Kochał, gdy jego tata snuł historie. Kochał marzyć o swoim „Con Chim Airlines” – te linie lotnicze, które w jego wyobraźni miały łączyć ludzi, miały być bezpiecznym miejscem do latania. Czy te marzenia wygasły? Czy to, że Ben nie zbuduje już żadnego kodu, że nie wsiądzie do Boeinga, którego tak uwielbiał obserwować, oznacza, że „zaczynał duchem, a skończył ciałem”? Absolutnie nie. Jego życie było jak ten obraz, na którym stoi z rozłożonymi ramionami. On wciąż lata. On jest w „Banquet of Heaven”, w miejscu, gdzie nie ma już żadnych ograniczeń, gdzie każda ciekawość jest zaspokojona, gdzie każde „dlaczego” znajduje odpowiedź w świetle Bożego oblicza. On nie jest w przeszłości, w tym, co było. On jest w „teraz” Boga, które jest wieczne.
Ryanie, ty jesteś bratem, który pamięta najwięcej. Pamiętasz te wspólne wyprawy, te chwile, gdy Ben był przy tobie. Nie bój się, że te wspomnienia wyblakną. One są częścią twojej duszy. Twój brat patrzy na ciebie z nieba z taką samą dumą, z jaką patrzył na ciebie, gdy razem odkrywaliście świat. On chce, żebyś latał wysoko. On chce, żebyś żył, żebyś się śmiał, żebyś był odważny. Każdy twój uśmiech, każda twoja chwila radości jest kontynuacją tego, co Ben zaczął. Nie pozwól, by smutek odebrał ci marzenia. Twój brat jest twoim najwierniejszym kibicem w tej podróży, którą nazywamy życiem.
Alanie, Thao, wiem, że noce są najtrudniejsze. Wiem, że czasem w półśnie, tak jak wtedy, gdy słyszeliście jego głos, szukacie go w rzeczywistości, która wydaje się tak bardzo nieobecna. Ale pamiętajcie o tym, co Jezus mówi o pukaniu. Wy pukacie do nieba swoim bólem, swoimi łzami, swoim pytaniem „dlaczego?”. I Bóg wam odpowiada. Nie zawsze w sposób, który rozumiemy od razu. On odpowiada swoją bliskością. On odpowiada tym, że nie jesteście sami. On odpowiada przez to, że pamięć o Benie, o jego dobroci, o tym, jak chciał oddać wszystko dla innych, wciąż przynosi owoce – w studni w Cà Mau, w każdym geście miłosierdzia, który dzieje się w jego imieniu. Jego życie nie było „na próżno”, jak pyta Paweł. Ono było ziarnem, które padło w dobrą ziemię i teraz wydaje plon, o jakim nawet nie marzyliśmy.
Nie obwiniajcie się. To jest kluczowe. Choroba, która zabrała Benjamina, nie jest wynikiem żadnego waszego błędu. Nie jest karą. Nie jest znakiem, że coś przegapiliście. Byliście najlepszymi rodzicami dla tego genialnego, wrażliwego chłopca. Byliście jego całym światem, a on był waszym. To, że on odszedł tak wcześnie, jest tajemnicą, która przekracza nasze zrozumienie, ale nie jest tajemnicą, która przekracza Bożą miłość. Bóg nie jest tym, który zabiera dzieci; Bóg jest tym, który przyjmuje je do swojego domu, gdy ich ziemska wędrówka dobiega kresu, niezależnie od tego, jak krótka ona była. Jesteście wolni od tego ciężaru winy. Zostawcie go u stóp Chrystusa. On go już dawno poniósł.
Chciałbym, abyście dzisiaj, wychodząc z tego miejsca, zrobili jedną małą rzecz. Niech to będzie akt ufności. Może to będzie chwila, w której spojrzycie w niebo, tak jak Ben, i zamiast szukać go w pustce, spróbujecie poczuć tę przestrzeń, w której on teraz przebywa. Może to będzie uśmiech do kogoś, kto też czuje się zagubiony. Niech to będzie wasz sposób na powiedzenie: „Ben, kochamy. Pamiętamy. Do zobaczenia”.
Bóg, który jest Panem czasu, trzyma was w swoich ramionach. On nigdy was nie wypuści. On jest z wami w każdym oddechu, w każdym wspomnieniu, w każdym dniu, który przed wami. Niech Jego pokój, który przewyższa wszelki rozum, strzeże waszych serc i myśli. On jest waszym Ojcem, a wy jesteście Jego ukochanymi dziećmi. Amen.
For the intentions entrusted to Ben on our prayer wall:
At the Savior’s command and formed by divine teaching, we dare to say:
Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje, bądź wola Twoja jako w niebie, tak i na ziemi. Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj i odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom, i nie wódź nas na pokuszenie, ale nas zbaw ode złego. Amen.
Niech Bóg, który jest naszym Ojcem, obdarzy was swoim pokojem i niech Jego błogosławieństwo towarzyszy wam przez wszystkie dni życia. W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Amen.
✝ Niech was błogosławi Bóg wszechmogący: Ojciec i Syn, i Duch Święty. Amen.