W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Niech łaska i pokój od Boga, naszego Ojca, będą z wami wszystkimi.
Panie, który znasz nasze skryte bóle, zmiłuj się nad nami. Chryste, który jesteś Światłością w każdej ciemności, zmiłuj się nad nami. Panie, który obiecujesz nam pełnię życia, zmiłuj się nad nami.
Spójrzcie na ten obraz, który tak często wraca w waszych wspomnieniach: mały Ben, jeszcze jako przedszkolak, siedzący bezpiecznie w ramionach mamy. Wokół nich panuje ta niezwykła, miękka cisza domowego popołudnia, a on patrzy prosto w obiektyw z ufnością, której nie mącą żadne troski świata. W tamtej chwili, w tamtym uścisku, wszystko było na swoim miejscu. Nie było pytań o przyszłość, nie było lęku o jutro. Była tylko obecność. Było tylko „bycie razem”.
Święty Paweł w Liście do Efezjan, którego dzisiaj słuchamy, mówi o czymś, co wydaje się nieosiągalne, a jednak jest fundamentem naszej wiary: „abyście zakorzenieni i ugruntowani w miłości, zdołali ogarnąć duchem, czym jest Szerokość, Długość, Wysokość i Głębokość, i poznali miłość Chrystusa, przewyższającą wszelką wiedzę”. To nie są słowa dla teologów w zacisznych gabinetach. To są słowa dla nas, którzy stoimy nad grobami tych, których kochaliśmy najbardziej. Paweł mówi nam, że miłość Boga jest tak rozległa, że obejmuje nawet to, co dla nas jest niepojęte – obejmuje nawet ten ból, którego nie potrafimy nazwać.
Jezus w Ewangelii mówi dziś coś, co na pierwszy rzut oka może nas niepokoić: „Czy myślicie, że przyszedłem dać ziemi pokój? Nie, powiadam wam, lecz rozłam”. Słyszymy o podziałach w domach, o ojcu przeciw synowi, o matce przeciw córce. Słyszymy o ogniu, który przyszedł rzucić na ziemię. Często, gdy przeżywamy stratę, czujemy właśnie taki rozłam. Czujemy, jakby nasze życie zostało rozcięte na pół: na czas „przed” i na czas „po”. Jakby ogień bólu wypalił w nas wszystko, co dawniej wydawało się stałe i bezpieczne.
Alanie, Thao, Ryanie… wiem, że od trzynastego czerwca ten ogień wciąż płonie w waszych domach. Wiem, że są takie chwile, gdy patrzycie na puste miejsce przy stole, na te wszystkie projekty, które Ben zostawił w swoim kodzie, na te marzenia o „Con Chim Airlines”, które w waszej wyobraźni wciąż szybują w przestworzach, i czujecie, że nie macie już siły, by udźwignąć ten ciężar. Wiem, że w nocnej ciszy, gdy cały świat śpi, wraca to dręczące, natrętne pytanie: „Czy coś przeoczyłem? Czy mogłem zrobić więcej? Czy gdybym był bardziej uważny, to wszystko potoczyłoby się inaczej?”.
Chcę wam dzisiaj powiedzieć coś, co musi wybrzmieć z całą mocą, bo Bóg pragnie, byście byli wolni: zdejmijcie ten ciężar z ramion. Choroba, która zabrała Benjamina, nie była wynikiem waszego niedopatrzenia. Nie ma w tym żadnej waszej winy. Nie ma żadnego zaniedbania. To nie jest kara, to nie jest skutek jakiegoś błędu. To jest tajemnica kruchości, z którą Bóg mierzy się razem z wami. Bóg nie jest sędzią, który szuka błędów w waszej opiece czy miłości. On nie oskarża was – On płacze razem z wami i trzyma was za ręce, gdy czujecie, że grunt usuwa się spod nóg. Jesteście niewinni. Jesteście kochani. Nie szukajcie winy tam, gdzie jej nie ma.
Spójrzcie na Bena. On był chłopcem, który nie kalkulował. Pamiętacie tę historię, gdy chciał oddać całą swoją skarbonkę, by pomóc wujkowi Williamowi? Nie rozbił jej, nie było to potrzebne, ale to pragnienie – to czyste, bezinteresowne „chcę oddać wszystko” – to jest właśnie ta postawa, o której mówi Paweł. Ben nie czekał na „właściwy moment”. On po prostu kochał. Jego życie było jak ten płomień, o którym mówi Jezus – nie był to ogień niszczący, ale ogień pasji, ciekawości świata, miłości do rodziców i brata. On był chłopcem, który potrafił zachwycić się technologią, który budował swoje „Con Chim Airlines” z taką radością, że wszyscy wokół zaczynali się uśmiechać. To jest to „bogactwo”, o którym mówi Paweł – to nie jest to, co posiadamy, ale to, jak bardzo potrafimy kochać.
Ryanie, ty jesteś bratem, który niesie tę pamięć w szczególny sposób. Ty wiesz, jak to jest dzielić z kimś marzenia o przyszłości, o tym, by zaparkować swoje samoloty obok siebie. Nie bój się żyć, nie bój się uśmiechać. Twój brat jest przy tobie nie w tym, co zostało w przeszłości, ale w tym, co żyje w twoim sercu. On jest częścią twojego życia, w każdym twoim dobrym uczynku, w każdej twojej myśli. On nie jest „gdzieś tam” w dalekim niebie; on jest przy Bogu, który go stworzył na swój obraz. On jest w „Banquet of Heaven”, gdzie nie ma już żadnego lęku, żadnego bólu, żadnego „testu”, którego nie można przejść. On jest w domu.
Jezus mówi o „chrzcie”, który musi przyjąć, i o „udręce”, dopóki się on nie dokona. To jest zaproszenie, byśmy nie bali się naszych własnych udręk. Nie musicie udawać, że wszystko jest w porządku. Nie musicie ukrywać łez. Jezus sam przeszedł przez ten rozłam, przez to bolesne oddzielenie. On rozumie, co to znaczy stracić wszystko, co było drogie. On rozumie, co to znaczy być „rozdartym”. Ale On jest też tym, który obiecuje, że ten rozłam nie jest końcem. To jest przejście.
Bóg, który jest w stanie „uczynić znacznie więcej, niż prosimy czy rozumiemy”, nie zostawi was w tym ogniu samych. On przemieni ten ból w coś, co będzie służyć innym. Pamiętajcie o tym, jak miłość Bena wciąż pracuje w świecie – jak ten „Well of Love” w Wietnamie, który w jego imieniu przynosi czystą wodę spragnionym. To jest znak, że jego życie nie zostało przerwane, ale rozszerzone. Że jego miłość, która była tak wielka w tym małym chłopcu, teraz płynie przez ręce innych ludzi, przynosząc życie tam, gdzie była susza.
Nie szukajcie odpowiedzi w przeszłości, nie szukajcie winy w tym, co było. Spójrzcie na siebie nawzajem. Alanie, Thao, Ryanie – jesteście dla siebie nawzajem największym darem. Niech każdy wasz wspólny posiłek, każda rozmowa, każde wspomnienie będzie wyrazem wdzięczności za to, że Ben był z wami. On nie odszedł w nicość. On przeszedł przez próg, za którym kiedyś wszyscy się spotkamy. A do tego czasu, żyjcie tak, jak on żył: z otwartym sercem, bez lęku, wiedząc, że cokolwiek by się nie działo, jesteście w rękach Boga, który jest bogaty w miłosierdzie.
Kiedy dzisiaj wrócicie do domu, spróbujcie zrobić jedną małą rzecz. Niech to będzie akt czuwania w miłości. Może to być chwila ciszy, w której po prostu podziękujecie Bogu za to, że mieliście Bena w swoim życiu. Niech to będzie gest życzliwości wobec kogoś, kto potrzebuje wsparcia – tak jak Ben chciał pomóc wujkowi. Niech wasza miłość będzie waszą lampą. Nie bójcie się żyć, nie bójcie się marzyć. Niech pokój Boży, który przewyższa wszelki rozum, strzeże waszych serc i waszych myśli w Chrystusie Jezusie. On was nie opuści. On was prowadzi. On was kocha. I to musi wam wystarczyć, by przeżyć kolejny dzień, by odnaleźć nadzieję w tym, co wydaje się beznadziejne. On jest tuż obok, w każdym waszym oddechu, w każdej waszej łzie, w każdym waszym uśmiechu. Niech tak się stanie.
For the intentions entrusted to Ben on our prayer wall:
At the Savior’s command and formed by divine teaching, we dare to say:
Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje, bądź wola Twoja jako w niebie, tak i na ziemi. Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj i odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom, i nie wódź nas na pokuszenie, ale nas zbaw ode złego. Amen.
Niech Pan nas błogosławi, niech nas strzeże od wszelkiego zła i doprowadzi nas do życia wiecznego. Amen.
✝ Niech was błogosławi Bóg wszechmogący: Ojciec i Syn, i Duch Święty. Amen.