W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Gromadzimy się dzisiaj przed Obliczem Boga, włączając nasze ludzkie łzy i naszą cichą tęsknotę w wielką, macierzyńską modlitwę Matki stojącej pod krzyżem.
Panie, który znasz ból ludzkiego serca, zmiłuj się nad nami. Chrząste, który sam doświadczyłeś łez i pożegnania, zmiłuj się nad nami. Panie, który otaczasz swoją miłością każdego, kto cierpi, zmiłuj się nad nami.
Pamiętacie ten moment, gdy w popołudniowej ciszy domowego salonu ktoś siada na kanapie, robi zabawną, przesadzoną minę, szeroko otwiera oczy i z uśmiechem pokazuje światu koszulkę z napisem „CHILL”? Pamiętacie Benjamina, naszego Bena, z tym jego charakterystycznym, ciepłym blaskiem w oczach, gdy potrafił jednym prostym gestem rozjaśnić cały pokój, rozbroić każde napięcie, wnieść do domu czystą, niczym niezmąconą radość? Ten obraz – Ben z jego serdecznym uśmiechem, stojący w środku zwykłego, codziennego życia – zostaje w pamięci jako znak chłopca, który potrafił być obecny w stu procentach. On nie udawał nikogo innego. Był sobą: szczerym, ciekawym świata, obdarzonym niezwykłym umysłem, który potrafił ogarnąć skomplikowane systemy technologiczne, a jednocześnie tak niesamowicie delikatnym sercem.
Dzisiaj liturgia stawia nas w zupełnie innej scenerii. Stawiamy kroki na Golgocie, w cieniu krzyża, gdzie stoi Ona – Matka. Ewangelia według świętego Jana mówi nam o tym niezwykłym, bolesnym zgromadzeniu: „Standing by the cross of Jesus were his mother and his mother’s sister…”. Stoi. Nie ucieka, nie szuka kryjówki przed bólem, nie próbuje zaklinać rzeczywistości. Stoi tam, gdzie wszystko wydaje się stracone. W starożytnej sekwencji Stabat Mater czytamy o tym przeszywającym doświadczeniu: „Przez jej serce, syna wspólnie, pełne gorzkich mógl cierpienie, miecz przechodził z bólem wskroś”. Ten miecz, o którym lata wcześniej mówił stariec Symeon, to nie jest symbol gniewu Boga. To jest po prostu cena najgłębszej miłości. Bo tam, gdzie jest wielka miłość, tam nie da się przejść obojętnie obok cierpienia. Matka Boża Bolesna nie jest daleką, niedostępną figurą z ołtarza. Ona jest Tą, która wie, co to znaczy patrzeć na cierpienie dziecka, co to znaczy trwać w ciszy, gdy świat wokół rozpadą się na kawałki.
Alanie, Thao, Ryanie, minęły trzy miesiące od dnia, w którym Ben przekroczył próg wieczności. Wiem, że w waszym domu ta cisza bywa czasem tak ciężka, że wydaje się, iż nie da się jej udźwignąć. Wiem, że są takie dni, kiedy patrzycie na puste miejsce przy stole i czujecie, jakby powietrze stawało się zbyt gęste, by nim oddychać. Chcę wam dzisiaj powiedzieć coś, co musi dotknąć najgłębszych zakamarków waszych serc: ani wy, ani Benjamin nie zawiedliście. Choroba, która dotknęła Bena, nie była karą, nie była wynikiem waszego niedopatrzenia, nie jest klęską waszego rodzicielstwa. Byliście dla niego całym światem. Daliście mu miłość tak potężną, tak bezwarunkową, że stała się ona dla niego najsilniejszym fundamentem. Bóg nie szuka winnych waszego cierpienia. On nie oskarża was o to, co było całkowicie poza ludzką kontrolą. Zdejmijcie ten ciężar z ramion. Jesteście wolni od winy, ukochani przez Boga, który płacze razem z wami, stojąc tuż obok was pod waszym własnym krzyżem.
Popatrzcie na ten moment z życia Bena, na tę jego piękną, cichą wrażliwość. Kiedyś, zupełnie unprompted, bez żadnego nacisku, fifteen-year-old Benjamin powiedział swoim rodzicom, że jest gotowy oddać całą swoją skarbonkę, by pomóc wujkowi Williamowi, który cierpiał po udarach. Nie musiał jej rozbijać, nie musiał jej opróżniać – pieniądze nie były nawet potrzebne, bo wujek miał ubezpieczenie. Ale liczył się sam gest. Chłopiec, który potrafił oddać wszystko, co miał, dla kogoś, kogo kochał. To była istota duszy Bena. To nie była tylko kalkulacja logiczna, to był dar z samego siebie. I czyż ten gest nie przypomina nam tego, co dzisiaj widzimy pod krzyżem? Jezus oddaje wszystko – każdą kroplę krwi, każdy oddech, całe swoje ziemskie życie – z miłości do nas. A Maryja oddaje Syna, trzymając w swoim sercu całą bolesną przestrzeń pożegnania. Ben nosił w sobie tę samą miarę miłości. On nie żałował siebie; on dzielił się swoim uśmiechem, swoimi opowieściami o wymarzonej linii lotniczej „con chim airlines”, swoim cichym, radosnym wsłuchiwaniem się w opowieści taty, jakby to były najważniejsze przygody świata.
Kiedy Jezus stoi pod krzyżem, patrzy na swoją Matkę i na ucznia, którego miłował, i wypowiada słowa, które tworzą nową rodzinę: „Woman, behold, your son… Behold, your mother”. W tym jednym zdaniu Bóg nie zostawia nikкого w samotności. W środku największego bólu rodzi się więź, która przekracza śmierć. Ben nie zniknął. On nie odleciał w pustą przestrzeń. On jest w tym samym Bożym „teraz”, w którym żyje Bóg. Przeniknął do wieczności, pozostawiając po sobie ślad, który nie da się wymazać. Ryanie, mój drogi, ty nosisz w sobie cząstkę tego światła. Twój brat kochał cię z niezwykłą prostotą. Kiedy myślisz o wspólnych chwilach, o tych wszystkich marzeniach, wiedz, że Ben jest przy tobie. On nie przestał być twoim starszym bratem. On teraz patrzy na ciebie z nieba z tym swoim łagodnym uśmiechem i chce, żebyś ty żył, żebyś marzył, żebyś szedł naprzód z podniesioną głową. Twoje życie jest najpiękniejszym świadectwem tego, że miłość Bena nie umarła.
Spójrzcie na dzisiejsze pierwsze czytanie z listu świętego Pawła do Koryntian: „As a body is one though it has many parts… Now you are Christ’s Body, and individually parts of it”. My wszyscy tworzymy jedno Ciało w Chrystusie. Ból, który dzisiaj nosicie w klatce piersiowej, nie jest odcięty od Boga. On jest wpisany w to Ciało. Kiedy płaczete, Ciało Chrystusa płacze razem z wami. Kiedy brakuje wam sił, inni niosą was w modlitwie. Pamiętajcie o tym, że miłość nie kończy się na cmentarnej bramie. Tak jak cicha dobroć Bena wciąż żyje w świecie – w czystej wodzie studni w Cà Mau, która daje życie spragnionym, w każdym cichym geście pamięci – tak samo jego obecność trwa w waszych sercach. On jest bezpieczny w ramionach Tego, który wszystko wie i wszystko rozumie.
Zróbcie dzisiaj coś małego, cichego w imieniu Bena. Może to być chwila zatrzymania, głęboki oddech, spojrzenie w niebo tam, gdzie kiedyś szukał przelatujących samolotów, albo po prostu podanie ręki komuś, kto potrzebuje otuchy. Nie bójcie się płakać, bo łzy nie są dowodem braku wiary – są dowodem na to, jak wielką miłością potrafiliście obdarzyć tego chłopca. Matka Boża Bolesna trzyma wasze dłone w swoich zranionych, czułych rękach. Ona zna każdą waszą noc, każdą bezsenność, każdą tęsknotę. Powierzcie jej swój ból, a Ona złoży go w sercu swojego Syna.
Niech pokój, który przewyższa wszelki ludzki rozum, napełni wasze domy. Bóg jest z wami w każdym „dzisiaj”. On was nie opuścił i nigdy nie opuści. Amen.
For the intentions entrusted to Ben on our prayer wall:
At the Savior’s command and formed by divine teaching, we dare to say:
Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje, bądź wola Twoja jako w niebie, tak i na ziemi. Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj i odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom, i nie wódź nas na pokuszenie, ale nas zbaw ode złego. Amen.
Niech Pan wam błogosławi i niech wam strzeże; niech obdarzy Was swoim pokojem i ukojeniem w każdym dniu. W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Amen.
✝ Niech was błogosławi Bóg wszechmogący: Ojciec i Syn, i Duch Święty. Amen.