W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Gromadzimy się dziś wokół Słowa Bożego, aby w ciszy naszych serc powierzyć Panu całe nasze życie, naszą pamięć i całą naszą miłość.
Panie, który znasz naszą ludzką słabość, zmiłuj się nad nami. Chrząste, który ocierasz nasze łzy, zmiłuj się nad nami. Panie, który prowadzisz nas do życia wiecznego, zmiłuj się nad nami.
Wyobraźcie sobie na moment coś bardzo zwyczajnego, niemal niezauważalnego w zgiełku codzienności: otwarte drzwi, za którymi słychać cichy, skupiony szept kogoś, kto nie patrzy na zegarek, kto nigdzie się nie śpieszy, bo jest całkowicie zajęty tym, kto do niego przyszedł. W dzisiejszej Ewangelii wchodzimy do takiego domu. Jezus wchodzi do wioski, a Marta, uginająca się pod ciężarem naczyń, przygotowań i tysiąca drobnych obowiązków, krząta się z boku. Ale obok Niego, tuż przy Jego stopach, siedzi Maria. Maria, która nie robi nic wielkiego w oczach świata – po prostu siedzi i słucha. I kiedy Marta w swoim zmęczeniu, w tym całym nagromadzonym napięciu wykrzykuje to ludzkie, tak znajome pytanie: „Panie, czy Cię to nie obchodzi?”, Jezus odpowiada słowami, które tną ciszę jak promień światła: „Marta, Marta, troszczysz się i niepokoisz o wiele, a potrzeba tylko jednego”.
Przez te ostatnie trzy miesiące, odkąd Benjamin odszedł do Boga – od tego trzynastego czerwca, który na zawsze zmienił kształt waszego domu, Alanie i Thao – wiem, że wasze życie stało się jakby nieustanną krzątaniną. Nie przy stole z naczyniami, ale w ciszy pokoju, gdzie wciąż brzmi echo jego głosu, gdzie na biurku czeka kod, który kiedyś pisał, a w powietrzu unosi się pamięć o tym chłopcu o tak niesamowicie błyskotliwym umyśle i niezwykłej ciekawości świata. Zastanawiamy się, jak to możliwe, że chłopak, który w czwartej klasie bez wysiłku radził sobie z matematyką ósmoklasistów, który w wieku czternastu lat zaglądał w chmury AWS i marzył o stworzeniu „Con Chim Airlines” – tej swojej wymarzonej linii lotniczej, o której opowiadał z takim chichotem i radością – nagle kończy swoją ziemską drogę. Dlaczego ten ogień zgasł tak wcześnie? Te pytania nie są brakiem wiary. One są dowodem na to, jak bardzo kochacie.
Popatrzmy dzisiaj na jedno konkretne wyobrażenie, które przewija się przez dzisiejsze Słowo Boże i przez całe wasze życie: obraz dłoni, które coś trzymają lub coś oferują. Pamiętacie tę piękną, niezwykłą historię o Benie? Kiedy miał zaledwie piętnaście lat, powiedział rodzicom, że chce oddać całą swoją skarbonkę, by pomóc wujkowi Williamowi, który zmagał się ze skutkami udaru. Nie musiał jej rozbijać, nie musiał jej opróżniać – ta skarbonka została nietknięta, bo pomoc nie była już potrzebna, ale sam ten gest... ten czysty, bezinteresowny odruch chłopca, który uniosąwszy się ponad wszelki egoizm, chciał oddać wszystko, co miał, żeby ratować kogoś bliskiego – to jest ten obraz, który nosicie w sercu. To jest obraz serca, które nie kalkuluje, ale daje siebie bez reszty.
A przecież w dzisiejszym pierwszym czytaniu święty Paweł mówi o kimś zupełnie innym, a zarazem tak podobnym w swojej gotowości. Paweł opowiada o swoim dawnym życiu – o tym, jak gorliwie prześladował Kościół, jak wydawało mu się, że wie lepiej, dokąd zmierza. A potem mówi te słowa, które są kluczem do wszystkiego: „Gdy jednak spodobało Temu, który od łona matki mnie wyodrębnił i powołał swoją łaską, objawić w nim Syna swego... natychmiast nie radziłem się ciała i krwi”. Paweł zostawia swoją dawną pewność, zostawia swój gniew, zostawia wszystko, co budował ludzką siłą, i pozwala się prowadzić Bogu. Bóg ma swoje plany, które przekraczają nasze horyzonty. Benjamin w swojej krótkiej, ale tak intensywnej ziemskiej podróży zdążył dotknąć serc tak wielu ludzi, zostawić po sobie dobro, które płynie dalej – chociażby w tej czystej wodzie ze studni w Cà Mau, która w jego imieniu daje życie potrzebującym, czy w tej miłości, którą Ryan nosi w sobie jako jego brat i najlepszy przyjaciel.
Chciałbym teraz zatrzymać się na chwilę i powiedzieć coś bardzo ważnego do was, którzy nosicie w sercu ciężar, o którym rzadko kto wie. Alanie, Thao, wiem, że w cichych godzinach nocy, kiedy dom cichnie, powracają te pytania: czy coś przeoczyliśmy, czy można było zrobić coś inaczej, czy to nasza wina? Słuchajcie uważnie słów, które płyną z serca samego Boga: choroba, która zabrała Benjamina, nie była wynikiem jakiegokolwiek waszego niedopatrzenia. Nie jest klęską waszego rodzicielstwa. Byliście dla niego całym światem, a on dla was. Bóg nie wysyła cierpienia, by karać, i nie szuka winnych w tym, co przekracza ludzkie siły. Nikt z nas nie jest panem każdego oddechu. Zdejmijcie ten kamień z serca – jesteście całkowicie niewinni i wolni od tego ciężaru. Bóg nie oskarża was ani nie obwinia; On płacze razem z wami i trzyma was w swoich ramionach tak, jak matka trzyma swoje dziecko.
Ryanie, ty wiesz najlepiej, jaki był twój brat. Ty znasz te wspólne chwile, te opowieści o samolotach, te marzenia, które dzieliliście, ten roller coaster, na którym w snach wciąż możecie jeździć razem. Kiedy brakuje ci go obok, nie szukaj go w pustce. On nie zniknął. On jest w „teraz” Boga, w tym miejscu, które nazywamy Banquet of Heaven – w miejscu, gdzie nie ma już żadnych łez, żadnych pytań, żadnego bólu. Twój brat patrzy na ciebie z nieba z taką samą dumą, z jaką patrzył na ciebie tutaj, na ziemi. Nie bój się żyć, nie bój się marzyć, nie bój się latać wysoko. Każdy twój uśmiech, każda twoja odwaga jest kontynuacją tego pięknego dziedzictwa, które Ben zostawił.
Spójrzcie na dzisiejszy Psalm: „Ty uformowałeś moje wnętrze, utkałeś mnie w łonie mojej matki. Dziękuję Ci, żeś mnie stworzył tak cudownie”. Bóg znał Benjamina zanim jeszcze zaczął pisać swój pierwszy kod, zanim złożył swój pierwszy model samolotu, zanim uśmiechnął się do was po raz pierwszy. I Ten sam Bóg, który go utkał, trzyma go teraz bezpiecznie w swojej wieczności. Ben nie cierpi już w żadnym szpitalu, nie zmaga się z żadnym testem, o którym mówił w snach. On jest tam, gdzie wszystko staje się jasne.
Idźcie dzisiaj do domu i zróbcie jedną małą, prostą rzecz. Niech to nie będzie wielki gest. Może to będzie chwila ciszy z kubkiem porannej kawy, może spojrzenie na zdjęcie, na którym Ben uśmiecha się tak, jak tylko on potrafił, a może po prostu ciche, spokojne wyszeptanie: „Ben, kochamy cię. Do zobaczenia”. Bóg, który jest Panem czasu i miłości, trzyma was mocno w swoich dłoniach i nigdy, przenigdy nie wypuści. Niech Jego pokój, który przewyższa wszelki ludzki rozum, strzeże waszych serc dzisiaj, jutro i na wieki. Amen.
For the intentions entrusted to Ben on our prayer wall:
At the Savior’s command and formed by divine teaching, we dare to say:
Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje, bądź wola Twoja jako w niebie, tak i na ziemi. Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj i odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom, i nie wódź nas na pokuszenie, ale nas zbaw ode złego. Amen.
Niech Pan nas błogosławi, niech strzeże nas od wszelkiego zła i doprowadzi do życia wiecznego. Amen.
✝ Niech was błogosławi Bóg wszechmogący: Ojciec i Syn, i Duch Święty. Amen.