W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Gromadzimy się dzisiaj przed Obliczem naszego Pana, przynosząc ze sobą cały nasz trud, nasze ciche łzy i tę głęboką, żywą nadzieję, która nie zawodzi.
Panie, który znasz każde ludzkie cierpienie, zmiłuj się nad nami. Chryste, który jesteś naszym światłem w najciemniejszej dolinie, zmiłuj się nad nami. Panie, który ocierasz każdą łzę z naszych oczu, zmiłuj się nad nami.
Wyobraźcie sobie starą, surową ścianę z kamienia, wokół której rosną dzikie krzewy. Ktoś kiedyś postawił tam małą, prostą kapliczkę albo ogrodzenie, które z czasem zaczęło zarastać, gubiąc się w pędach i cieniu. Przez lata nikt tam nie zaglądał, aż pewnego dnia ktoś przychodzi z sekatorem i czystą, jasną intencją – nie po to, by niszczyć, ale by odsłonić to, co solidne i prawdziwe. Zdejmuje nawarstwione przez czas gałęzie i ukazuje fundament, który trzymał się mocno przez wszystkie burze, nawet wtedy, gdy nikt na niego nie patrzył.
Dzisiaj słowo Boże, które staje przed nami w dzisiejsze wspomnienie świętego Karola Boromeusza, robi z naszymi sercami dokładnie to samo. Święty Paweł w Liście do Filipian nie szuka ozdobnych słów, by nas uśpić. Pisze wprost, z niezwykłą żarliwością: „Pracujcie nad swoim zbawieniem z bojaźnią i drżeniem. Albowiem to Bóg sprawia w was i chceni i działanie zgodnie z Jego wolą”. Te słowa brzmią niemal surowo, jak wezwanie kogoś, kto wie, że stawka jest najwyższa. Paweł mówi o życiu, które nie jest przypadkowym dryfowaniem, ale budowaniem czegoś, co ma trwały ciężar. On sam wie, co to znaczy – mówi o sobie, że jest „wylewany jako libacja”, gotowy oddać wszystko, bo wie, w Kogo uwierzył.
Alanie, Thao, Ryanie… kiedy te słowa o „pracy nad zbawieniem” i o trudzie dnia codziennego docierają do waszego domu, wiem, że brzmią one zupełnie inaczej niż dla kogoś, kto patrzy na życie z bezpiecznego oddalenia. Minęły cztery miesiące od tamtego czerwcowego dnia, kiedy Benjamin, wasz ukochany syn i brat, odszedł do Domu Ojca. Wiem, jak wygląda ta rzeczywistość. Wchodzicie do jego pokoju, a tam wciąż unika wasz wzrok to wszystko, co świadczyło o jego genialnym, niespokojnym umyśle – te niezliczone linie kodu na GitHubie, projekty, plany, a w uszach wciąż brzmi ten jego charakterystyczny, czysty chichot, gdy z fascynacją opowiadał o swoich wymyślonych liniach lotniczych „Con Chim Airlines”. Szukacie go w ciszy, która potrafi przygnieść swoją gęstością. I pytacie w środku nocy: dlaczego? Dlaczego chłopak o tak jasnym spojrzeniu, który z taką pasją patrzył na świat i z taką delikatnością kochał swoją rodzinę, musiał zakończyć swoją ziemską podróż tak wcześnie?
Święty Paweł daje nam dzisiaj klucz, ale nie taki, który daje tanie odpowiedzi. On mówi o Bogu, który działa w nas. A w dzisiejszej Ewangelii według świętego Łukasza Jezus stawia przed tłumami wymaganie, które na pierwszy rzut oka wydaje się wręcz bolesne. Mówi o krzyżu, o liczeniu kosztów, o budowaniu wieży, o królu idącym w pole. Jezus nie lukruje ludzkiego życia. On wie, że pójście za Nim, że samo życie w tym świecie wymaga odwagi. Mówi nam: nie zaczynajcie budowy, jeśli nie wiecie, że macie zasoby. Ale jakie zasoby ma człowiek, którego serce zostało rozbite przez stratę kogoś najbliższego?
Chciałbym zatrzymać się tutaj nad czymś, co wiem, że nosicie głęboko w sobie, spowite często milczeniem i bólem. Wiem, że w tych długich godzinach, kiedy zmęczenie miesza się z żalem, w waszych sercach pojawia się to ciche, dręczące oskarżenie: „Czy mogłem zrobić coś więcej? Czy gdzieś nie przeoczyliśmy jakiegoś znaku? Czy to moja wina?”. Słyszę to pytanie w zmęczonych oczach rodziców, którzy walczyli o każdy oddech, o każde uderzenie serca swojego dziecka. Chcę wam dzisiaj powiedzieć coś z całą powagą Ewangelii: zdejmijcie ten kamień z ramion. Choroba, która dotknęła Benjamina, nie była wynikiem jakiegokolwiek waszego błędu. Nie było w tym nic, co moglibyście przewidzieć, nic, co moglibyście zmienić. Bóg nie jest sędzią, który z notesem w ręku szuka winnych w waszym cierpieniu. On jest Ojcem, który płakał razem z wami przy każdym szpitalnym łóżku, który trzymał was za rękę, gdy wy już nie mieliście siły trzymać nikogo. Jesteście niewinni. Nie oskarżajcie siebie, bo Bóg was nie oskarża. Niektóre burze przychodzą w ludzkie życie poza jakąkolwiek kontrolą, a żadna ludzka czujność nie mogła ich zatrzymać. Przyjmijcie to uwolnienie jako dar.
Pamiętacie, jaki był Ben? Chłopak o niezwykłej, czułej wrażliwości. Pomyślcie o tym momencie, kiedy mając zaledwie piętnaście lat, powiedział wam, że chciałby oddać całą swoją skarbonkę, by pomóc wujkowi Williamowi, który zmagał się ze skutkami udaru. Nie rozbił jej, nie trzeba było tego robić, bo wujek miał opiekę, ale liczył się sam gest – ten czysty, bezinteresowny odruch chłopca, który zapragnął oddać wszystko, co miał, by komuś innemu stało się lżej. To jest ta miłość, która nie pyta o kalkulację. To jest miłość, która odbija się w sercu Boga.
I ta miłość Benjamina nie skończyła się 13 czerwca. Ona wciąż pracuje w tym świecie. Kiedy myślicie o tej czystej wodzie, która dzięki studni w dalekim Wietnamie płynie teraz dla ludzi spragnionych, albo o tych wszystkich cichych, ukrytych dobrych uczynkach spełnianych w jego imieniu, widzicie, że ziarno wrzucone w ziemię przynosi owoc. Ben jest teraz w tym wielkim zgromadzeniu – w „Banquet of Heaven” – tam, gdzie nie ma już żadnych trudnych testów, żadnego zmęczenia, żadnego szpitalnego łóżka. Jest w domu, otoczony światłem, o którym śpiewaliśmy w Psalmie: „Pan moim światłem i zbawieniem moim: kogo mam się lękać?”.
A ty, Ryanie, bracie… wiem, jak bardzo tęsknisz za swoim starszym bratem, z którym dzieliłeś tyle chwil, tyle podróży, tyle wspólnych uśmiechów i marzeń o przyszłości. Nie bój się nosić w sobie tej pamięci. Twój brat patrzy na ciebie z nieba z tym swoim ciepłym uśmiechem i chce, żebyś szedł przez życie z podniesioną głową, odkrywając świat z taką samą pasją i ciekawością, jaką on w sobie nosił. Jesteście domem dla siebie nawzajem.
Dzisiaj, kiedy wrócicie do domu, zróbcie jedną małą, prostą rzecz. Usiądźcie razem przy stole, zapalcie małą świecę i zamiast pozwalać, by cisza was przygniosła, opowiedzcie sobie jedną, choćby najprostszą historię o Benie. Może o tym, jak z zachwytem patrzył na samoloty, albo o tym, jak uśmiechał się, gdy rozmawialiście o jego planach. Niech to wspomnienie nie będzie powodem do rozpaczy, ale dowodem na to, że miłość jest silniejsza niż śmierć.
Bóg nie zostawił was samych. On jest tą skałą i tym pasterzem, który prowadzi was przez tę dolinę. Zaufajcie Mu. Pozwólcie, by Jego pokój ogarnął wasze serca dzisiaj i przez wszystkie dni, które przed wami. Amen.
For the intentions entrusted to Ben on our prayer wall:
At the Savior’s command and formed by divine teaching, we dare to say:
Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje, bądź wola Twoja jako w niebie, tak i na ziemi. Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj i odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom, i nie wódź nas na pokuszenie, ale nas zbaw ode złego. Amen.
Niech Pan nas błogosławi, niech strzeže nas od wszelkiego zła i doprowadzi do życia wiecznego. Amen.
✝ Niech was błogosławi Bóg wszechmogący: Ojciec i Syn, i Duch Święty. Amen.