W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Niech łaska Pana naszego Jezusa Chrystusa, który jest naszym zmartwychwstaniem i życiem, będzie z wami wszystkimi.
Panie, który przebaczasz każdemu, kto szuka Twojego oblicza, zmiłuj się nad nami. Chryste, który otrzeć łzy z oczu każdego człowieka, zmiłuj się nad nami. Panie, który nas prowadzisz do pokoju, który przewyższa wszelki rozum, zmiłuj się nad nami.
Spójrzcie na dłonie. Zwykłe, ludzkie dłonie. Czasem trzymają ster samolotu, czasem piszą kod, który ma zmienić świat, a czasem – jak dłonie kobiety w dzisiejszej Ewangelii – trzymają flakonik z wonnym olejkiem, by namaścić stopy kogoś, kogo kochają ponad życie. W tej scenie, w domu faryzeusza Szymona, wszystko toczy się wokół dotyku. Faryzeusz patrzy na kobietę i widzi tylko jej przeszłość, jej błędy, jej dług, którego nie potrafi spłacić. On stoi z boku, chłodny, analizujący, przekonany o własnej prawości. Ale Jezus… Jezus patrzy inaczej. On nie widzi długu. On widzi miłość, która wyrywa się z serca, nie zważając na to, co powiedzą inni. „Ona nie przestała całować moich stóp” – mówi Pan. To jest miłość, która nie kalkuluje. To jest miłość, która oddaje wszystko, co ma, bo wie, że w obecności Boga nic innego się nie liczy.
Czy nie przypomina wam to kogoś? Pamiętacie, jak Benjamin, nasz Ben, w swojej niezwykłej, czystej duszy, przyszedł pewnego dnia do swoich rodziców z ofertą, która nie była wyliczona, lecz wypływała z samego centrum jego bycia? Chciał oddać całą swoją skarbonkę, by wesprzeć wujka Williama, który zmagał się z chorobą. Nie musiał jej rozbijać, nie musiał jej opróżniać – liczył się gest. Liczyła się gotowość chłopca, który w wieku piętnastu lat rozumiał to, co wielu dorosłych odkrywa przez całe życie: że posiadanie ma wartość tylko wtedy, gdy służy miłości. Ben nie był człowiekiem „długu” czy „kalkulacji”. Był człowiekiem daru. Tak jak ta kobieta w Ewangelii, która wylała swój cenny olejek, Ben wylewał swoją dobroć na wszystkich wokół: na rodziców, na brata, na każdego, kto potrzebował uśmiechu czy wsparcia.
Alanie, Thao, Ryanie, minęły trzy miesiące od dnia, w którym Ben przekroczył próg wieczności. Wiem, że w waszym domu ta cisza bywa czasem tak ciężka, że wydaje się, iż nie da się jej udźwignąć. Wiem, że są takie dni, kiedy patrzycie na puste miejsce przy stole i czujecie, jakby powietrze stawało się zbyt gęste, by nim oddychać. Chcę wam dzisiaj powiedzieć coś, co musi przebić się przez każdą waszą wątpliwość: ani wy, ani Benjamin nie zawiedliście. Choroba, która dotknęła Bena, nie była karą. Nie była wynikiem waszego niedopatrzenia. Nie jest klęską waszego rodzicielstwa. Byliście dla niego całym światem. Daliście mu miłość tak silną, że nawet śmierć nie mogła jej zniszczyć. Zdejmijcie ten ciężar z ramion. Nie oskarżajcie się o to, co było poza ludzką kontrolą. Bóg was nie oskarża. On was tuli. On nie szuka winnych, tak jak Szymon faryzeusz szukał winy w kobiecie. On szuka waszej miłości, która wciąż jest żywa, choć Ben jest teraz w innym wymiarze.
Święty Paweł w pierwszym czytaniu przypomina nam fundament: „Chrystus umarł za nasze grzechy zgodnie z Pismem… i został wskrzeszony trzeciego dnia”. To jest nasza nadzieja. To nie jest teoria, to nie jest pobożne życzenie. To jest rzeczywistość, w której Ben żyje teraz. On nie jest „gdzieś tam”, w odległej galaktyce. On jest w Bożym „teraz”. Jest bezpieczny. Jest u siebie. A wy, idąc przez te dni, nie idziecie sami. Idziecie w Jego obecności. Pamiętacie, jak Ben z pasją śledził trasy samolotów? Jak marzył o „con chim airlines”? On zawsze patrzył w górę, zawsze szukał tego, co wykracza poza horyzont. Teraz on już nie musi szukać. On widzi Tego, który jest źródłem wszelkiego lotu, wszelkiego piękna, wszelkiego światła.
Ryanie, mój drogi, twój brat kochał cię z taką prostotą i szczerością. Nie bój się żyć, nie bój się marzyć. Twoje życie jest dla Bena najpiękniejszym pomnikiem. On nie chce, żebyś był smutny. On chce, żebyś latał – tak jak sam marzył, by latać. On jest przy tobie w każdej twojej myśli, w każdym twoim sukcesie, w każdym twoim dniu. Jesteś jego bratem na zawsze. Ta więź jest silniejsza niż czas. Nie pozwól, by smutek odebrał ci prawo do radości, bo twoja radość jest echem radości Bena.
Zatrzymajmy się na chwilę przy tym obrazie z Ewangelii: „Jej wiele grzechów zostało odpuszczonych, dlatego bardzo umiłowała”. To nie jest ocena jej przeszłości, to jest uznanie jej serca. Ben miał serce, które nie znało zawiści, nie znało wyrachowania. Był jak ten chłopiec, który z uśmiechem i lekkim grymasem na twarzy próbował ostrego Pad Thai w Bangkoku, śmiejąc się z samego siebie, że nie posłuchał ostrzeżeń. Był pełen życia, pełen ciekawości, pełen tej radosnej gotowości do próbowania wszystkiego, co świat ma do zaoferowania. Ta jego „głupota” – jak nazywał ją tata – była w istocie mądrością dziecka, które wie, że życie jest przygodą. I to życie nie zostało przerwane. Ono zostało przemienione.
Alanie i Thao, kiedy czujecie, że ból was przygniata, pomyślcie o tym, jak Ben patrzył na was. Z miłością, z szacunkiem, z dumą. On nie patrzył na was przez pryzmat tego, co mogliście zrobić lepiej. On patrzył na was jako na swoich rodziców, jako na swój dom. Ta miłość, którą mu daliście, jest teraz jego wiecznym wianem. Ona nie wyparowała. Ona jest z nim w niebie. I kiedy wy dzisiaj, w trudzie codzienności, wykonujecie najprostsze czynności – parzycie kawę, idziecie do pracy, dbacie o dom – róbcie to z tą świadomością, że Ben jest blisko. Niech każdy wasz gest dobroci, każda chwila cierpliwości będzie jak ten olejek, który kobieta wylała na stopy Jezusa. To jest wasz sposób na bycie blisko niego.
Bóg nie chce, abyście byli więźniami własnego bólu. On chce, abyście byli wolni. „Twoja wiara cię ocaliła; idź w pokoju” – mówi Jezus do kobiety. Dzisiaj te słowa są skierowane do was. Niech ten pokój, który przewyższa wszelki ludzki rozum, wejdzie w wasze serca. Niech zdejmie z was ciężar, którego nie musicie nosić. Bóg kocha Bena, Bóg kocha was, Bóg kocha waszą rodzinę. Nic, absolutnie nic nie jest w stanie was odłączyć od tej miłości.
Zróbcie dzisiaj coś małego, cichego w imieniu Bena. Może to będzie chwila ciszy, może spojrzenie w niebo, gdzie kiedyś wypatrywał swoich samolotów, może pomoc komuś, kto czuje się zagubiony. Niech to będzie wasz sposób na powiedzenie mu: „Kocham cię, Ben. Do zobaczenia”. Pamiętajcie o studni w Cà Mau, która w jego imieniu daje wodę spragnionym. To jest woda, która nie wysycha. Tak jak ta woda, tak i pamięć o nim – niech karmi życie innych. Niech będzie znakiem, że miłość, która była w nim, wciąż pracuje w świecie. Niech Bóg, który jest Panem czasu i wieczności, trzyma was za rękę. Nie jesteście sami. Nigdy nie byliście. On was kocha. Amen.
For the intentions entrusted to Ben on our prayer wall:
At the Savior’s command and formed by divine teaching, we dare to say:
Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje, bądź wola Twoja jako w niebie, tak i na ziemi. Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj i odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom, i nie wódź nas na pokuszenie, ale nas zbaw ode złego. Amen.
Niech Pan nas błogosławi, strzeże od wszelkiego zła i prowadzi do życia wiecznego. Amen.
✝ Niech was błogosławi Bóg wszechmogący: Ojciec i Syn, i Duch Święty. Amen.