Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Amen. Gromadzimy się dzisiaj w tę świętą godzinę, otoczeni wielką chmurą świadków, by powierzyć nasz ból i naszą nadzieję miłosierdziu Boga.
Panie, który znasz każdą łzęylaną w ciszy, zmiłuj się nad nami. Chryste, który otwierasz bramy nieba dla swoich wybranych, zmiłuj się nad nami. Panie, który jesteś naszym zmartwychwstaniem i życiem, zmiłuj się nad nami.
Wyobraźcie sobie starą, żeliwną furtekę w ogrodzie, która przez całe lata otwierała się z trudem, skrzypiąc przy każdym mocniejszym podmuchu wiatru. Ktoś ją wreszcie naoliwił. Albo lepiej – wyobraźcie sobie moment, kiedy po długim, dusznym popołudniu nadciąga burza, a potem nagle rozsuwają się chmury i słońce uderza w mokrą trawę tak ostro, że aż mrużycie oczy od blasku. Świat na ułamek sekundy przestaje być szary.
Dzisiaj Kościół otwiera przed nami drzwi, które zwykle wydają się nam zamknięte przez mgłę naszego żalu. Wchodzimy w Uroczystość Wszystkich Świętych nie po to, by oglądać marmurowe posągi na ołtarzach, ale po to, by spojrzeć na tłum, którego żaden człowiek nie mógł policzyć – z każdego narodu, pokolenia, ludu i języka. Stoją przed tronem w białych szatach. Trzymają w rękach palmowe gałązki. Jan Apostoł pyta w widzeniu: „Kto oni są i skąd przyjechali?”. A odpowiedź brzmi: „To ci, którzy przychodzą z wielkiego ucisku i opłukali swoje szaty, i wybielili je we Krwi Baranka”.
Zatrzymajmy się przy tym obrazie szat. Nie czystych od samego początku, nie takich, które nigdy nie zaznały błota czy deszczu, ale takich, które zostały opłukane. Szata, która nosi ślady drogi.
Alanie, Thao, Ryanie… wiem, jak wygląda wasza droga. Minęły cztery miesiące od dnia, gdy Benjamin przekroczył próg wieczności, a każdy poranek wciąż przynosi ten sam cichy, obezwładniający ciężar. Wchodzicie do jego pokoju i widzicie rzeczy, które wciąż pamiętają jego obecność – ten jego genialny umysł, który w wieku piętnastu lat już dotykał spraw tak wielkich jak infrastruktura chmurowa, czy te radosne opowieści o jego wymyślonych liniach lotniczych „Con Chim Airlines”, przy których tak szczere i zaraźliwe gigotował. Szukacie go w ciszy. A kiedy nadchodzi noc, ta cisza gęstnieje tak bardzo, że wydaje się, iż nie da się zaczerpnąć tchu.
I w tę ciszę wchodzi dziś Ewangelia o Błogosławieństwach. Słuchamy jej tak często, że niemal przestajemy słyszeć ostrze, które się w niej kryje. Jezus nie stoi na katedrze z podręcznikiem teologii. On siedzi na górze, a wokół Niego gromadzą się zwykli, zmęczeni ludzie. I mówi: „Błogosławieni ubodzy w duchu… Błogosławieni, którzy płaczą…”.
Pomyślcie o tym. Jezus nie mówi: „Błogosławieni ci, którzy nigdy nie zaznali rozczarowania”. Nie mówi: „Błogosławieni ci, których domy są zawsze uporządkowane, a serca nietknięte żalem”. On mówi wprost do tych, którzy płaczą. Do tych, których serca zostały rozbite. Płacz nie jest dowodem braku wiary; płacz jest najgłębszym dowodem na to, że potrafiliśmy kochać. A miłość, którą daliśmy i którą otrzymaliśmy, nigdy nie umiera. Zostaje zapisana w samym sercu Boga.
Chciałbym zatrzymać się dzisiaj nad czymś, co wiem, że nosicie w najskrytszych zakamarkach swoich dusz – nad tym cichym, dręczącym pytaniem, które czasem wraca w środku nocy: „Czy mogłem zrobić coś więcej? Czy gdzieś nie przeoczyliśmy czegoś? Czy to moja wina?”. Słyszę to pytanie w zmęczonych oczach rodziców, którzy walczyli o każde uderzenie serca swojego dziecka. Chcę wam dzisiaj powiedzieć coś z całą mocą Ewangelii: zdejmijcie ten kamień z ramion.
Choroba, która zabrała Benjamina, nie była wynikiem jakiegokolwiek waszego błędu. Nie ma w tym ani krzty waszej winy. Bóg nie jest sędzią, który z notesem w ręku szuka waszych potknięć. On jest Ojcem, który widział każdą waszą nieprzespaną noc, każdą łzę wylaną w szpitalnej sali, każdą cichą modlitwę szeptaną o świcie. Jesteście niewinni. Bóg nie oskarża was o nic. I wy nie musicie oskarżać sami siebie. Niektóre cierpienia przychodzą w tym ziemskim życiu cicho i niespodziewanie, poza jakąkolwiek ludzką kontrolą, przekraczając granice tego, co mogłoby powstrzymać jakiekolwiek staranie czy czujność. To nie była kara. To była tajemnica, przed którą kłaniamy się w milczeniu, wiedząc, że Bóg trzyma was w swoich ramionach dokładnie tam, gdzie najbardziej boli.
Pamiętacie, jaki był Ben? Ten chłopiec o tak niesamowitej, rozbrajającej delikatności. Kiedyś, gdy miał zaledwie piętnaście lat, powiedział wam, że chciałby oddać całą swoją skarbonkę, by pomóc wujkowi Williamowi, który zmagał się ze skutkami udaru. Nie rozbił jej, nie trzeba było tego robić, bo wujek miał opiekę, ale liczył się sam gest – ten czysty, bezinteresowny odruch chłopca, który zapragnął oddać wszystko, co miał, by komuś innemu stało się lzej. To jest właśnie to ubóstwo ducha, o którym mówi Jezus. To jest czystość serca, która ogląda Boga.
Ta miłość Benjamina nie zgasła 13 czerwca. Ona wciąż pracuje w tym świecie. Kiedy myślicie o tej czystej wodzie, która dzięki studni w dalekim Wietnamie płynie teraz dla spragnionych ludzi, albo o tych wszystkich cichych, ukrytych dobrych uczynkach spełnianych w jego imieniu, widzicie, że ziarno wrzucone w ziemię przynosi owoc stokrotny. Ben jest teraz w tym wielkim zgromadzeniu, w „Banquet of Heaven”, o którym często rozmawiamy – tam, gdzie nie ma już żadnych trudnych testów, żadnego zmęczenia, żadnego szpitalnego łóżka. Jest w domu.
A ty, Ryanie, bracie… wiem, jak bardzo tęsknisz za swoim starszym bratem, z którym dzieliłeś tyle chwil, tyle podróży i uśmiechów. Nie bój się nosić w sobie tej pamięci. Twój brat patrzy na ciebie z nieba z tym swoim ciepłym uśmiechem i chce, żebyś szedł przez życie z podniesioną głową, odkrywając świat z taką samą ciekawością, jaką on w sobie nosił. Jesteście domem dla siebie nawzajem.
Dzisiaj, kiedy wrócicie do domu, zróbcie jedną małą, prostą rzecz. Usiądźcie razem przy stole, zapalcie małą świecę i zamiast pozwalać, by cisza was przygniosła, opowiedzcie sobie jedną, choćby najprostszą historię o Benie. Może o tym, jak z zachwytem patrzył na samoloty lądujące na lotniskach całego świata, albo o tym, jak uśmiechał się, gdy rozmawialiście o jego planach. Niech to wspomnienie nie będzie powodem do łez, ale dowodem na to, że miłość jest silniejsza niż śmierć.
Bóg nie zostawił was samych. On jest tą skałą, na której stoi wasze życie dzisiaj i każdego kolejnego dnia. Zaufajcie Mu. Pozwólcie, by Jego pokój ogarnął wasze serca. Amen.
For the intentions entrusted to Ben on our prayer wall:
At the Savior’s command and formed by divine teaching, we dare to say:
Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje, bądź wola Twoja jako w niebie, tak i na ziemi. Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj i odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom, i nie wódź nas na pokuszenie, ale nas zbaw ode złego. Amen.
Niech Pan wam błogosławi i strzeże. Niech rozjaśni nad wami swoje oblicze i obdarzy Was swoim pokojem. W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Amen.
✝ Niech was błogosławi Bóg wszechmogący: Ojciec i Syn, i Duch Święty. Amen.