W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Niech łaska i pokój od Boga, naszego Ojca, będą z wami wszystkimi.
Panie, który jesteś blisko wszystkich, którzy Cię wzywają, zmiłuj się nad nami. Chryste, który jesteś hojny w przebaczaniu, zmiłuj się nad nami. Panie, który jesteś sprawiedliwy we wszystkich swoich drogach, zmiłuj się nad nami.
Pamiętacie ten moment, gdy wczesnym rankiem świat jeszcze nie jest w pełni rozbudzony, a słońce dopiero nieśmiało kładzie swoje pierwsze smugi na horyzoncie? W dzisiejszej Ewangelii Pan Jezus zabiera nas na taki właśnie rynek, gdzie właściciel winnicy wychodzi o świcie, by szukać robotników. To obraz tak bardzo ludzki, tak bardzo codzienny. Widzimy tych ludzi czekających, z nadzieją w oczach, że ktoś ich zauważy, że ktoś da im szansę, że ich praca będzie miała cel. Ale potem przychodzi godzina dziewiąta, dwunasta, trzecia, aż w końcu piąta po południu. Słońce zaczyna chylić się ku zachodowi, a na rynku wciąż stoją ludzie. „Dlaczego tu stoicie bezczynnie przez cały dzień?” – pyta właściciel. „Bo nikt nas nie najął” – odpowiadają. W tym krótkim zdaniu słychać cały ciężar niepewności, całe zagubienie kogoś, kto czuje się niepotrzebny, kto czuje, że czas przecieka mu przez palce, a on wciąż stoi w miejscu.
Czy nie czuliście się tak czasem? Kiedy życie wydaje się być serią oczekiwań, a odpowiedzi nie przychodzą? Kiedy patrzycie na swoje życie i zastanawiacie się, gdzie w tym wszystkim jest sens? Często myślimy, że nasze życie jest jak praca w winnicy: płaca musi odpowiadać wysiłkowi. Liczymy godziny, liczymy trudy, liczymy łzy. I kiedy patrzymy na życie naszego drogiego Benjamina, nasze ludzkie kalkulatory wpadają w panikę. Piętnaście lat. Tyle marzeń, tyle planów, tyle kodów w jego repozytoriach, tyle obietnic, które miały się spełnić. Dlaczego jeden pracował cały dzień w skwarze, a inny tylko godzinę, a zapłata jest ta sama? Nasze serca, Alanie, Thao, Ryanie, krzyczą jak ci robotnicy z pierwszej godziny: „To niesprawiedliwe! Dlaczego tak krótko? Dlaczego tak szybko?”.
Ale posłuchajcie uważnie, co mówi Pan: „Czy na to złym okiem patrzysz, że jestem dobry?”. To jest klucz do tej przypowieści. Właściciel winnicy nie płaci za czas. On płaci za miłość. On płaci za to, że w ogóle przyszliśmy. Ben nie był robotnikiem, który odliczał godziny. On był synem, który żył pełnią. Pamiętacie jego pasję do samolotów? To nie było tylko hobby. To była potrzeba patrzenia w górę, potrzeba sięgania dalej niż to, co namacalne. On rozumiał, że życie jest darem, a nie kontraktem. Kiedy w wieku dwunastu lat płakał na czterdziestych urodzinach taty, bojąc się utraty tego, co najcenniejsze, nie liczył czasu. On po prostu kochał. To była jego „zapłata” – zdolność do kochania tak głęboko, że żadna miara tego świata nie jest w stanie tego ogarnąć.
Musimy dzisiaj powiedzieć sobie prawdę, bo tylko w prawdzie przychodzi pocieszenie. Często nosimy w sobie ciężar pytań, które zamieniają się w oskarżenia: „Co, gdybym wcześniej zauważył? Co, gdybym był bardziej czujny?”. Alanie, Thao, spójrzcie na mnie: to nie jest wasz ciężar. To nie jest wasza wina. Jezus mówi: „Moje myśli nie są myślami waszymi”. Bóg nie wysyła choroby. Bóg nie jest tym, który wyznacza cierpienie jako karę. On jest Tym, który wchodzi w nasze cierpienie, gdy ono się pojawia. Kiedyś, w snach, które przychodziły do was po rozstaniu, widzieliście Bena – silnego, zdrowego, pytającego: „Dlaczego tak się stało?”. To jest krzyk nas wszystkich. Ale posłuchajcie odpowiedzi, którą on sam wam dał w tym śnie: „Nie martw się, będę czuwał”. To nie jest tylko sen. To jest obietnica obecności.
Ben był jak ten chłopiec, który chciał oddać całą swoją skarbonkę, by ratować wujka. Nie musiał jej rozbijać. Nie musiał jej opróżniać. Liczył się gest. Liczyła się gotowość serca, które nie zna egoizmu. To jest właśnie to, co Bóg widzi w nas. On nie liczy naszych „godzin pracy”. On widzi nasze serce, które chce dawać. Ben dał wszystko, co miał, samą swoją obecnością, swoim uśmiechem, swoją ciekawością świata. Czy to nie jest wystarczająco dużo? Czy to nie jest pełna zapłata? Czy nie jest „gain” – zysk, o którym pisze św. Paweł w Liście do Filipian? „Dla mnie żyć – to Chrystus, a umrzeć – to zysk”. To zdanie brzmi dla nas tak twardo, tak trudno. Ale Paweł nie mówi, że życie nie ma wartości. On mówi, że kiedy życie jest przepełnione Chrystusem, śmierć nie jest końcem, lecz przejściem do pełni.
Ryanie, mój drogi, ty wiesz najlepiej, jaki był twój brat. Wiesz, jak potrafił się śmiać, jak potrafił być „goofy”, jak z pasją mówił o swoim wymarzonym „con chim airlines”. Niech ten obraz zostanie z tobą. Niech nie będzie cieniem, ale światłem. Ty masz przed sobą życie, które jest kontynuacją tego, co Ben zaczął. Nie bój się żyć dla niego, nie bój się marzyć dla niego. Każdy twój sukces, każdy twój uśmiech, każda twoja chwila radości jest jak woda, która płynie z tej studni w Cà Mau, którą w jego imieniu postawiono dla spragnionych. To jest życie, które nie ustaje. To jest miłość, która wciąż pracuje.
Alanie i Thao, wiem, że czasem wieczory są najtrudniejsze. Wiem, że szukacie go w każdym dźwięku, w każdym wspomnieniu. Ale posłuchajcie proroka Izajasza: „Szukajcie Pana, póki pozwala się znaleźć, wzywajcie Go, póki jest blisko”. On jest blisko. Nie wczoraj, nie jutro. Dzisiaj. W tej ciszy, w tym bólu, w tym pragnieniu, by go przytulić. On jest tam, gdzie wy jesteście. Bóg nie potrzebuje waszej doskonałości, nie potrzebuje waszej siły. On potrzebuje waszej uczciwości. Jeśli chcecie płakać, płaczcie. Jeśli chcecie pytać, pytajcie. On nie obraża się na nasze łzy. On je zbiera.
Ta przypowieść o robotnikach w winnicy jest dla was, dla każdego z was, kto czuje, że życie go skrzywdziło. „Czy jesteś zazdrosny dlatego, że ja jestem dobry?”. Bóg jest dobry. Ta dobroć jest tak wielka, że przekracza nasze wyobrażenia o sprawiedliwości. Ben jest w tej dobroci. Jest bezpieczny. Jest w rękach, które go stworzyły i które go nigdy nie wypuszczą. A wy – wy jesteście w tych samych rękach. Nie musicie już niczego udowadniać. Nie musicie się już o nic oskarżać. Jesteście kochani. Jesteście wystarczający.
Idźcie dzisiaj do domu i zróbcie jedną małą rzecz. Może to będzie chwila ciszy, może spojrzenie w niebo, może uśmiech do kogoś, kto też stoi na rynku i czeka na nadzieję. Niech to będzie wasz sposób na powiedzenie: „Ben, pamiętam. Ben, kocham. Ben, do zobaczenia”. Niech ta myśl was niesie. Nie jesteście sami. Nigdy nie byliście. On was kocha, a Bóg, który jest Panem czasu i wieczności, trzyma was za rękę. Niech Jego pokój, który przewyższa wszelki rozum, strzeże waszych serc i myśli w Chrystusie Jezusie, naszym Panu. Amen.
For the intentions entrusted to Ben on our prayer wall:
At the Savior’s command and formed by divine teaching, we dare to say:
Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje, bądź wola Twoja jako w niebie, tak i na ziemi. Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj i odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom, i nie wódź nas na pokuszenie, ale nas zbaw ode złego. Amen.
Niech Pan wam błogosławi i niech was strzeże. Niech rozpromieni oblicze swoje nad wami i obdarzy was pokojem.
✝ Niech was błogosławi Bóg wszechmogący: Ojciec i Syn, i Duch Święty. Amen.