W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Niech łaska i pokój naszego Pana Jezusa Chrystus będą z wami wszystkimi.
Panie, który znasz nasze serca i każdą naszą trudność, zmiłuj się nad nami. Chryste, który dajesz nam siłę we wszystkim przez swoją obecność, zmiłuj się nad nami. Panie, który obiecujesz zaspokoić wszelkie nasze potrzeby w swoim bogactwie, zmiłuj się nad nami.
Wyobraźcie sobie, że trzymacie w dłoniach mały, wysłużony notes, w którym ktoś – linijka po linijce, cierpliwie i z ogromnym skupieniem – zapisywał swoje plany, myśli i marzenia o tym, jak ma wyglądać jutro. To nie są przypadkowe gryzmoły. To jest porządek. To jest próba uchwycenia tego, co ulotne, i nadania temu trwałego kształtu. Kiedy człowiek patrzy na taki notes, czuje, że za każdą literą stoi czyjeś żywe serce, czyjaś ciekawość świata, która nie chciała zatrzymać się w miejscu, ale pragnęła biec dalej, zaglądać za horyzont.
Święty Paweł w Liście do Filipian, którego słuchamy dzisiaj, pisze z miejsca niezwykłego wewnętrznego spokoju. Siedzi w więzieniu, w okolicznościach, które większość uznałaby za przegrane, a jednak mówi: „Umiem się radować w niedostatku i umiem obfitować… Do wszystkiego mam siłę w Tym, który mnie umacnia”. Paweł nie pisze tego z pozycji kogoś, kto nigdy nie doświadczył zimna czy głodu. On zna obie strony życia – i te dni, kiedy chleb smakuje jak dar, i te, kiedy wokół jest tylko pustka. A mimo to odnajduje sekret. Tym sekretem nie jest stoicki upór ani ludzka samowystarczalność, ale żywa relacja z Tym, który trzyma go w swoich dłoniach.
Alanie, Thao, Ryanie… wiem, jak te słowa o „umiejętności radzenia sobie w każdej sytuacji” brzmią dzisiaj w waszych uszach. Minęły cztery miesiące od dnia, gdy Benjamin, wasz ukochany syn i brat, odszedł do Domu Ojca. Wiem, jak wygląda ta rzeczywistość. Wchodzicie do jego pokoju, a tam wciąż leżą te ślady jego niesamowitego, błyskotliwego umysłu – te linie kodu, te projekty aplikacji i gier, te pomysły na przyszłość, które snuł z taką pasją, uśmiechając się przy tym i chichocząc na samą myśl o stworzeniu własnych, wymarzonych linii lotniczych, które nazwał „Con Chim Airlines”. Szukacie go w tej ciszy i pytacie, gdzie podziała się ta cała energia, ten genialny umysł, który w tak młodym wieku rozumiał świat technologicznych chmur i zaawansowanych systemów tak dobrze, jak inni dorośli. Pytacie, jak odnaleźć siłę, o której mówi Paweł, kiedy serce jest tak bardzo zmęczone.
A w dzisiejszej Ewangelii Jezus rzuca nam pod nogi coś, co wydaje się paradoksem. Mówi o „nieprawej mamonie”, o wierności w rzeczach najmniejszych i o tym, że nie można służyć dwóm panom. Często patrzymy na te słowa jak na surowe przepisy moralne, jak na kolejne wymaganie, któremu musimy sprostać. Ale spójrzcie na to głębiej. Jezus mówi o zaufaniu. Mówi o tym, że wszystko, co dostajemy w tym doczesnym życiu – każdy talent, każdy przebłysk geniuszu, każda chwila spędzona razem nad mapą czy przy starcie samolotu – to jest tylko powierzone nam dobro. To nie jest nasza własność na zawsze. To jest dar, który mamy przyjąć z wdzięcznością, a kiedy przychodzi czas, oddać z powrotem w ręke Ojca.
Chciałbym zatrzymać się tutaj nad czymś, co wiem, że nosicie głęboko w sobie, spowite często milczeniem i bólem. Wiem, że w tych długich godzinach, kiedy zmęczenie miesza się z żalem, w waszych sercach pojawia się to ciche, dręczące oskarżenie: „Czy mogłem zrobić coś więcej? Czy gdzieś nie przeoczyliśmy jakiegoś znaku? Czy to moja wina?”. Słyszę to pytanie w zmęczonych oczach rodziców, którzy walczyli o każdy oddech, o każde uderzenie serca swojego dziecka. Chcę wam dzisiaj powiedzieć coś z całą powagą Ewangelii: zdejmijcie ten kamień z ramion. Choroba, która dotknęła Benjamina, nie była wynikiem jakiegokolwiek waszego błędu. Nie było w tym nic, co moglibyście przewidzieć, nic, co moglibyście zmienić. Bóg nie jest sędzią, który z notesem w ręku szuka winnych w waszym cierpieniu. On jest Ojcem, który płakał razem z wami przy każdym szpitalnym łóżku, który trzymał was za rękę, gdy wy już nie mieliście siły trzymać nikogo. Jesteście niewinni. Nie oskarżajcie siebie, bo Bóg was nie oskarża. Niektóre burze przychodzą w ludzkie życie poza jakąkolwiek kontrolą, a żadna ludzka czujność nie mogła ich zatrzymać. Przyjmijcie to uwolnienie jako dar. Bóg nie szuka winy; On szuka waszego serca, by je utulić.
Ben był chłopcem o niezwykłym, delikatnym sercu. Pomyślcie o tym, jaki potrafił być. Kiedy miał zaledwie piętnaście lat, powiedział wam, że chciałby oddać całą swoją skarbonkę, by pomóc wujkowi Williamowi, który zmagał się ze skutkami udaru. Nie rozbił jej, nie trzeba było tego robić, bo wujek miał opiekę, ale liczył się sam gest – ten czysty, bezinteresowny odruch chłopca, który zapragnął oddać wszystko, co miał, by komuś innemu stało się lżej. To jest ta wierność w małych rzeczach, o której mówi dzisiejsza Ewangelia. Ben nie musiał gromadzić bogactw tego świata; jego bogactwem była ta gotowość do miłości, ta troska o innych, ten promienny uśmiech, który zostawił w waszych wspomnieniach.
I ta miłość nie skończyła się 13 czerwca. Ona wciąż pracuje w tym świecie. Kiedy myślicie o tej czystej wodzie, która dzięki studni w dalekim Wietnamie płynie teraz dla ludzi spragnionych, albo o tych wszystkich cichych, ukrytych dobrych uczynkach spełnianych w jego imieniu, widzicie, że ziarno wrzucone w ziemię przynosi owoc. Ben jest teraz w tym wielkim zgromadzeniu – w „Banquet of Heaven” – tam, gdzie nie ma już żadnych trudnych testów, żadnego zmęczenia, żadnego szpitalnego łóżka. Jest w domu. Jest w ramionach Tego, który nie traci niczego, co Mu zostało dane.
A ty, Ryanie, bracie… wiem, jak bardzo tęsknisz za swoim starszym bratem, z którym dzieliłeś tyle chwil, tyle podróży, tyle wspólnych uśmiechów i marzeń o przyszłości. Nie bój się nosić w sobie tej pamięci. Twój brat patrzy na ciebie z nieba z tym swoim ciepłym uśmiechem i chce, żebyś szedł przez życie z podniesioną głową, odkrywając świat z taką samą pasją i ciekawością, jaką on w sobie nosił. Jesteście domem dla siebie nawzajem. Jesteście rodziną, którą Bóg trzyma w swoich dłoniach, nawet wtedy, gdy wydaje się wam, że te dłonie są puste.
Dzisiaj, kiedy wrócicie do domu, zróbcie jedną małą, prostą rzecz. Usiądźcie razem przy stole i zamiast pozwalać, by cisza was przygniosła, opowiedzcie sobie jedną, choćby najprostszą historię o Benie – może o tym, jak uśmiechał się, mówiąc o swoich wymyślonych samolotach, albo o tym, jak czule potrafil rano powiedzieć „dzień dobry”. Niech to wspomnienie nie będzie powodem do rozpaczy, ale dowodem na to, że miłość jest silniejsza niż śmierć. Bóg nie zostawił was samych. On jest tą skałą i tym pasterzem, który prowadzi was przez tę dolinę. Zaufajcie Mu. Pozwólcie, by Jego pokój ogarnął wasze serca dzisiaj i przez wszystkie dni, które przed wami. Amen.
For the intentions entrusted to Ben on our prayer wall:
At the Savior’s command and formed by divine teaching, we dare to say:
Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje, bądź wola Twoja jako w niebie, tak i na ziemi. Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj i odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom, i nie wódź nas na pokuszenie, ale nas zbaw ode złego. Amen.
Niech Bóg wszechmogący błogosławi was, napełni wasze serca swoim pokojem i zachowa was w swojej miłości na wieki. Amen.
✝ Niech was błogosławi Bóg wszechmogący: Ojciec i Syn, i Duch Święty. Amen.