W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Amen. Niech łaska i pokój od Boga, naszego Ojca, będą z wami wszystkimi.
Panie, który nas kochasz miłością nieprzemijającą, zmiłuj się nad nami. Chryste, który jesteś naszą nadzieją pośród cierpienia, zmiłuj się nad nami. Panie, który obiecujesz nam życie, które nigdy się nie kończy, zmiłuj się nad nami.
Spójrzcie na dłonie dziecka. Są takie małe, a jednak potrafią objąć cały świat. Pamiętacie, jak Benjamin, nasz Ben, siadał przy stole, a jego dłonie – te same, które tak zręcznie pisały linie kodu dla jego projektów, te same, które z taką pasją śledziły trasy samolotów na mapach – spoczywały spokojnie na blacie? Był w tym spokój kogoś, kto już wtedy, w swojej młodzieńczej mądrości, przeczuwał, że życie to coś znacznie więcej niż tylko to, co możemy dotknąć. Był w tym ten niezwykły blask, który przyciągał ludzi do niego, jakby czuli, że w tym chłopcu mieszka światło, które nie pochodzi z tego świata.
Dzisiaj święty Paweł pisze do nas słowa, które brzmią jak najpiękniejsza pieśń, a jednocześnie jak najtrudniejsze wyzwanie: „Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest... wszystko przetrzyma, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma”. Czytamy te słowa często na ślubach, w chwilach radości, ale czy potrafimy je usłyszeć dzisiaj, w cieniu naszej tęsknoty? Czy potrafimy je usłyszeć, gdy serce boli, a dom wydaje się wypełniony ciszą, która aż dzwoni w uszach? „Miłość nigdy nie ustaje”. Te słowa nie są tylko obietnicą na przyszłość. To jest rzeczywistość, w której Ben żyje teraz, i w której wy, Alanie, Thao, Ryanie, jesteście z nim złączeni.
Zastanówmy się nad tym jednym obrazem, który daje nam Paweł: „po części poznajemy, po części prorokujemy”. Widzimy teraz „jakby w zwierciadle, niejasno”. To jest prawda o naszym życiu. Patrzymy na to, co nas spotkało – na te trzy miesiące od czerwca, na puste miejsce przy stole, na te wszystkie pytania, które nie dają spać – i widzimy tylko to, co „niejasne”. Widzimy przez mgłę. Ale Ben... Ben już nie patrzy przez mgłę. Ben widzi „twarzą w twarz”. On widzi Tego, który go stworzył, i widzi, że ta miłość, którą go otoczyliście, nie była daremna. Ona była echem miłości samego Boga.
Chcę wam dzisiaj powiedzieć coś, co musi przebić się przez każdą waszą wątpliwość. Wiem, że w nocnych godzinach, gdy cisza staje się najgłośniejsza, wraca to pytanie: „Czy mogliśmy zrobić coś więcej? Czy przeoczyłem jakiś znak?”. Słuchajcie mnie uważnie: Jezus, gdy pytano go o cierpienie, nie szukał winnych. On nie szukał błędów rodziców. On patrzył na człowieka z miłością. Choroba, która zabrała wam Bena, nie była karą. Nie była wynikiem waszego niedopatrzenia. Nie jest klęską waszego rodzicielstwa. Byliście dla niego całym światem. Daliście mu miłość tak silną, że nawet śmierć nie mogła jej zniszczyć. Zdejmijcie ten ciężar z ramion. Nie oskarżajcie się o to, co było poza ludzką kontrolą. Bóg was nie oskarża. On was tuli.
Ben był chłopcem, który kochał życie. Pamiętacie tę jego niezwykłą, dziecięcą gotowość, by oddać wszystko? Kiedy chciał oddać swoją skarbonkę, by pomóc wujkowi Williamowi? To nie była tylko gest. To była natura jego serca. On nie musiał jej rozbijać, nie musiał jej opróżniać – liczyła się ta czysta, bezinteresowna gotowość. To jest właśnie to, o czym mówi Paweł: „Gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją... a miłości bym nie miał, byłbym niczym”. Ben miał tę miłość. Ona była w nim jak źródło. I to źródło nie wyschło. Ono płynie dalej – w waszych łzach, w waszej pamięci, w każdym dobrym uczynku, który robicie w jego imieniu. Ta studnia w Cà Mau, która w jego imieniu daje wodę spragnionym – to jest Ben. To jest jego życie, które wciąż karmi innych.
Jezus w Ewangelii mówi o dzieciach na rynku, które wołają: „Przygrywaliśmy wam, a nie tańczyliście; biadaliśmy, a nie płakaliście”. Ileż razy czujemy się tak w naszym bólu? Jakbyśmy chcieli, żeby świat tańczył, a on jest smutny; jakbyśmy chcieli płakać, a świat idzie dalej, nie zauważając naszej tragedii. Ale Bóg nie jest obojętny. On „przyszedł jedząc i pijąc” – wszedł w naszą codzienność, w nasze jedzenie, w nasze podróże, w nasze rozmowy o samolotach i marzeniach. On był z Benem w jego radości i jest z nim teraz w jego wieczności. On nie jest Bogiem dalekim. On jest Bogiem, który płakał nad grobem Łazarza.
Ryanie, mój drogi, twój brat kochał cię z taką prostotą i szczerością. Nie bój się żyć, nie bój się marzyć. Twoje życie jest dla Bena najpiękniejszym pomnikiem. On nie chce, żebyś był smutny. On chce, żebyś latał – tak jak sam marzył, by latać. On jest przy tobie w każdej twojej myśli, w każdym twoim sukcesie, w każdym twoim dniu. Jesteś jego bratem na zawsze. Ta więź jest silniejsza niż czas.
Alanie, Thao, niech ta myśl was dzisiaj niesie: Ben nie jest „gdzieś tam”. On jest w Bożym „teraz”. Jest bezpieczny. Jest u siebie. A wy, idąc przez te dni, nie idziecie sami. Idziecie w Jego obecności. Zróbcie dzisiaj coś małego, cichego w imieniu Bena. Może to będzie chwila ciszy, może spojrzenie w niebo, gdzie kiedyś wypatrywał swoich samolotów. Niech to będzie wasz sposób na powiedzenie mu: „Kocham cię, Ben. Do zobaczenia”.
Niech Bóg, który jest Panem czasu i wieczności, trzyma was za rękę. Niech Jego miłość, która nigdy nie ustaje, wypełni puste miejsca w waszym domu. Nie jesteście sami. Nigdy nie byliście. On was kocha. Amen.
For the intentions entrusted to Ben on our prayer wall:
At the Savior’s command and formed by divine teaching, we dare to say:
Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje, bądź wola Twoja jako w niebie, tak i na ziemi. Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj i odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom, i nie wódź nas na pokuszenie, ale nas zbaw ode złego. Amen.
Niech Pan nas błogosławi, niech nas strzeże od wszelkiego zła i doprowadzi do życia wiecznego. Amen.
✝ Niech was błogosławi Bóg wszechmogący: Ojciec i Syn, i Duch Święty. Amen.